„Kampania wyborcza od A do Z”, cz. 1.

JB: Moim gościem jest Tamara Bieńkowska – coach i spin doctor – kilka lat temu w książce „Jak wygrać wybory samorządowe” dzieliłaś się z czytelnikami swoimi uwagami na temat zasad tzw. treningu medialnego.

TB: Ale czemu tak zwanego? To naprawdę jest trening medialny!

JB: Tak, to jest trening, w który wielu kandydatów nie wierzy. Chciałbym, żebyśmy dzisiaj odczarowali ten temat treningu medialnego. Żebyś powiedziała jak on wygląda, dla kogo on jest, kto powinien zabiegać o to by pracować z takimi konsultantami jak ty. Będziemy rozmawiać o kampanii wyborczej. Skupmy się na wyborach samorządowych, bo chociaż rozmawiamy kilkanaście miesięcy przed wyborami samorządowymi, to jestem przekonany o tym, że im wcześniej ci którzy myślą o tym by kandydować zdecydują, tym większa szansa że w przyszłości wygra wybory.

TB: Pełna zgoda. Moim zdaniem czas poświęcony na planowanie nie jest czasem straconym.

JB: Na początku powiedz proszę o twoich doświadczeniach w zakresie doradztwa medialnego. Powiesz tyle ile możesz, bo doradcy nie mówią wszystkiego, nie mówią z kim pracowali. Są związani tajemnicą.

TB: Nie mówią nic.

JB: Ale tak naprawdę to doradcy decydują o tym co mówią politycy. Czy to prawda?

 TB: Tak lubię myśleć o swojej pracy choć tak na dobre nie biorę odpowiedzialności za treść tego przekazu. Może zanim opowiem o tym, czym się zajmuję i za co mi płacą to powiem skąd się wzięłam na styku światów pomiędzy światem mediów a polityki.

Tuż po tym jak zakończyłam swoją pracę, albo inaczej mówiąc karierę w publicznej radiofonii przypomniałam sobie, że jestem z wykształcenia psychologiem i zareagowałam na zaproszenie jednej z zaprzyjaźnionych kancelarii prawniczych, która poprosiła mnie o tzw. posługę trenerską. Miałam zaopiekować się medialnie jedną z osób, która aplikowała w wyborach do parlamentu i pomyślałam sobie, że to jest doskonała okazja żeby po pierwsze poznać kulisy tego zawodu a po wtóre, żeby sprawdzić co tak naprawdę mam do zaoferowania. To była bardzo zabawna historia. Spotkaliśmy się kilkakrotnie jak się potem okazało z przyszłym parlamentarzystą i nagle odkryłam, że ja wiem co trzeba zrobić, żeby mu pomóc. I że on tej pomocy potrzebuje.

JB: Ale zapleczem było twoje doświadczenie pracy w radiu.

TB: Zdecydowanie. Ja mogłam pomóc opakować wszystko to co chciał przekazać, żeby to było atrakcyjne. W związku z tym postawiłam sobie dwa zadania. Żeby to przesłanie, myśl przewodnia, rodzaj sloganu – komunikat, który z uporem lepszej sprawy, chciał implementować, żeby przekaz był atrakcyjny. Może to się bierze z mojego zaplecza, wykształcenia i przekonań, że ludzie tak naprawdę nie są racjonalni – wybacz że to powiem, ale emocjonalni z natury.

JB: Zarówno kandydaci jak i wybierający?

TB: Tak, bo to są też ludzie.

JB: Specjalnie to zaznaczyłem, bo czasami jest tak, że jak rozmawiamy z politykami to oni mówią, że będą mówić do opinii publicznej.

TB: Słuchaj, im się tak wydaje. Im się wydaje, że oni mówią do rzeczy. I to nie o to chodzi, żeby zmienić ich przekonania na własny temat, tylko uświadomić, że mówi się nie to co oni chcą powiedzieć, tylko należy przekazać to i jak usłyszeć to chcą ci do których się mówi. To bardzo trudna zmiana.

JB: To praca z takimi ludźmi jak ty, im w tym pomaga?

TB: Tak sądzę, na podstawie osiągnięć i rezultatów. Mam takie głębokie przekonanie, że beze mnie nie dają rady. Mają szansę się o tym przekonać. Czują różnicę. Widzimy tę różnicę przed serią spotkań i po zakończeniu takiego treningu. Mało tego. Nie tylko oni to widzą, ale możemy to potwierdzić w wynikach wyborczych. I nagle się okazuje, że ten czas nie był czasem straconym. Zdobywają kompetencje, wiedzę i umiejętności które mogą z powodzeniem wykorzystać już na sali obrad. Jeśli uda im się przejść tę umowną granicę.

JB: To wróćmy do początku. Mamy kandydata, który chce wystartować w wyborach i jeszcze nie wie, że trening medialny to jest coś, o czym powinien pomyśleć. Dlaczego ludzie, którzy chcą występować przed innymi, chcą występować w mediach, chcą ubiegać się o moje, nasze poparcie, powinni trenować z doradcami i konsultantami?

TB: Mam na to jedną odpowiedź. Bo mówienie jest sztuką oralną. I nie tylko liczą się słowa, które komunikujemy, one symbolizują treść, a liczy się wszystko dookoła tego wszystkiego. Nie uwierzysz jaką wielką rolę i ogromne znaczenie ma wszystko to co my nazywamy tłem werbalnym, czyli jak liczy się funkcja głosu. Ona zresztą tłumaczy istnienie linii 0700, ale to już przy innej okazji. Liczy się czy to jest głos wysoki, czy niski, czy ktoś mówi wolno, czy szybko. To są miary głosu, które pozwalają uczynić twoją wypowiedź atrakcyjną.

JB: I co, kandydat zgłasza się do ciebie i ty zaczynasz pracę nad jego głosem?

TB: Zaczynam zwykle od elementu, który ja nazywam upokorzeniem.

JB: Tamara, opowiedz o tajnikach pracy konsultanta. W wyborach samorządowych co cztery lata startuje 200-300 tysięcy kandydatów, którzy ubiegają się mniej więcej o 40 tysięcy foteli radnych, wójtów, burmistrzów, prezydentów. Nie chodzi o to by kogoś przestraszyć.

TB: Zacznę od przezabawnej historii. Ona wiąże się z czasem przed wyborami ale wiąże się ze spotkaniem w trakcie wyborów tuż po ustaleniu korzystnego wyniku wyborczego. Pewnego dnia zgłosił się do mnie mężczyzna, który miał swoje zaplecze biznesowe i jak się potem okazało szczęśliwie przeszedł tę granicę, już miał wynik – kiedy otworzył drzwi mojego gabinetu powiedział „głupia sprawa, wygrałem”. A ja zapytałam „jak to głupia sprawa – to gratuluję wygranej”! Na co on powiedział „jest kłopot”. Szukaliśmy odpowiedzi jak to się stało, że wygrał. Na co on powiedział „no wiesz, dobre zdjęcie, fajny slogan, niezły nakład i po prostu nie mogłem nie wygrać”. Zapytałam „co teraz”, na co on powiedział „uczyń ze mnie męża stanu”. Zabrzmiało to tyle śmieszno co straszno, ale było dla mnie swoistym wyzwaniem.

Moja praca polegała na ustaleniu – ja nazywam to rodzajem diagnozy – w czym jest kłopot, jeśli chodzi o jego swobodną wypowiedź ustną tak żeby mógł przemawiać w sposób atrakcyjny i naprawdę mówił do rzeczy. Tak, żeby mówił z przesłaniem, tak żeby kończyło się to jakąś puentą, żeby wynikał z tego jakiś wniosek na przykład nie tylko dla tych, którzy go słuchają ale także dla jego partii.

JB: Ile czasu trwała taka praca?

TB: Posługując się pewną dyrektywą powiedziałabym że teoretycznie każdy może mnie wynająć, bo jeżdżę po świecie z trenerską posługą i trochę żartuję z moimi klientami, że żeby wynająć ludzi takich jak ja, każdy z nich powinien mieć drobną sumkę zdeponowaną na koncie osobistym – zapewniam cię, to nie są astronomiczne pieniądze. Choć mam takie przekonanie, że wszyscy ci państwo płacą mi za osobiste kompetencje, a nie za obecność. Czuję się zobowiązana do tego, żeby im dostarczyć najwyższą jakość obsługi. Druga rzecz o którą proszę to czas. Jacku, to jest wszystko co mam dla tych ludzi. Mój czas i moje kompetencje. Wielokrotnie weryfikowane przez rynek. Śmieję się, że potrzebujemy około czterech lat, żeby zmienić nie tylko nastawienie do wystąpień publicznych, ale przede wszystkim wykształcić nawyk, który jest im potrzebny do tego by mnie zwolnić z pracy. Nie mam ambicji, żeby im towarzyszyć przez całe życie, jestem rzeczniczką tego, by ich uniezależniać od siebie, ale też mieć pewność, że w momencie, kiedy skończy się moja współpraca, będą na tyle samodzielni by wziąć odpowiedzialność za to co mówią. Bym ja nie musiała się wstydzić.

JB: Powiedziałaś, że na początku jest ciężko.

TB: Czasami trzeba zrobić krok do tyłu, żeby zrobić dwa kroki do przodu.

TB: W czasie tych pierwszych spotkań klienci dowiadują się o sobie więcej bo to konsultant i doradca wyciąga te dobre i złe strony i pokazuje je?

JB: Na początkowym etapie współpracy jestem zupełnie kim innym niż teraz. Bo raczej milczę i słucham tego co moi rozmówcy mają do powiedzenia. Nie uwierzysz ile rzeczy można wyczytać z tego co ludzie mówią, jak mówią, jakich słów używają na opisanie otaczającej ich rzeczywistości. Mówiąc żargonem naszego środowiska, jakich hipnotycznych wzorców używają na określenie tego na czym im zależy. Ja przeprowadzam tą diagnozę tak jak lekarz, kieruję swoich pacjentów do laboratorium, po to żeby przepisać im receptę, żeby podjąć tryb leczenia. Każdy z nich wymaga zupełnie innej obsługi, ale wszyscy wiedzą na czym im zależy. Potem przystępujemy do treningu. Ten trening jest stowarzyszony z informacją zwrotną. I znowu to jest to, co lubię robić. Ta robota daje mi niepowtarzalną okazję się zezłośliwiać. Oj, zapewniam cię, że jestem dobra w tym co robię!

Bo ja bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie. Oczywiście, że w pierwszej kolejności mówię swoim klientom o tym co robią dobrze – nie za bardzo jest o czym rozmawiać. Wybacz, że to mówię publicznie.

Potem chętnie mówię co trzeba zmienić, ale nie pozostawiam ich bez pomocy, bo mówię jak się z tym uporać. A potem decydujemy, czy na tej ścieżce będziemy pracować razem. Działamy jak konie, które idą za tym samym dyszlem. Moi klienci nie mogą spowalniać mojej pracy – muszą akceptować moje metody, sposobi i środki i ja nie mogę się wysforować niepotrzebnie do przodu, co pozostawi ich w tyle.

Zapis rozmowy: www:e-babiel.com/category/podcast/

więcej: http://e-babiel.com/category/podcast/

więcej na temat kampanii wyborczych: http://www.e-babiel.com