Z cyklu: „Urwanie głowy” – „Jak do tego doszło”_Miesięcznik Benefit_04/2019

To ostatnio moje ulubione pytanie. Zadaję je sobie zawsze w sytuacji, gdy zaciskam zęby i odczuwam ból, czyli dość często. Odpowiedź na nie jest jednak dużo bardziej skomplikowana niż można się spodziewać. I dostarcza wielu cennych informacji. Na przykład w trakcie pisania tego artykułu napotykałam na sytuacje, wymagające ode mnie podejmowania trudnych wyborów, podróży, przemieszczania się, porzucania jednych zadań na rzecz innych. Kiedy jedni siedzieli wygodnie w przedziale kolejowym i w drodze do Gdańska oglądali film, ja przerzucałam notatki, układałam akapity, dodawałam nowe fragmenty, robiłam korektę tekstu.

Jakiś czas temu spróbowałam spisać swój życiorys. Jak to się stało, że robię to, co robię – żeby zobaczyć, jak moje przeszłe wybory doprowadziły mnie do obecnej sytuacji. Rezultat przekroczył moje najśmielsze oczekiwania. Poczułam się odpowiedzialna – w większości sytuacji – za moją obecną sytuację. Dlaczego robię to, co robię. I jestem, jaka jestem.

Zawsze, ilekroć znajduję się w stresowej sytuacji zadaję sobie pytanie: „Jak do tego doszło?” Potem oczywiście daję sobie czas na przemyślaną odpowiedź. Dużo czasu. Odpowiedź na pytanie: „jak do tego doszło?” można znaleźć w moim życiorysie. To ja zdecydowałam, żeby tak było.

Przemodelowuj i idź dalej

Stawiając sobie pytania, możemy przemodelować sytuację. Tego uczę innych – zarządza się rozmową poprzez pytania. Zadawanie pytań zawsze prowadzi do uzyskania nowej perspektywy. Stajemy się wtedy bardziej obiektywni, mniej rozemocjonowani i jest wtedy większe prawdopodobieństwo, że uda się nam znaleźć jakieś rozwiązanie. Włącza się tzw. zdrowy Dorosły.

Wielu moich klientów spotyka w pracy stresująca sytuacja, na przykład omija ich awans, który jak sądzą, mają w kieszeni. Niezmiennie w rozmowie zadaję im wówczas to pytanie: ”Czego mogą się dzięki temu nauczyć?” Być może nie mają umiejętności wymaganych przez zarząd. Być może awansowano osobę, która jest faworyzowana. Być może nie wiedzą, na jakich zasadach funkcjonuje ich dział. Być może pracują nie w tej firmie, w której powinni. Być może organizacja szykuje dla nich jakiś inne stanowisko. Być może…, być może…

Ktoś mądry kiedyś powiedział, że słabe umysły spotykają w życiu porażki, uczące się trafiają na wyzwania, a silne na okazje.Jak wynika z mojego doświadczenia ludzie, którzy do czegoś dochodzą, również przegrywają. I to dosyć często. Co najważniejsze porażki traktują jako okazję do nauczenia się czegoś. Nikt nie lubi porażek, ale to stwierdzenie to coś więcej niż zwykły frazes. Potrzebujemy nauczyć się wykorzystywać wartości i informacje, które zbieramy na drodze do celu. Potrzebujemy wyciągać wnioski z porażek. Dzięki temu możemy się tam znaleźć szybciej.

„Błądzić” oznacza dosłownie „nie znać drogi” (po angielsku słowo „mistake” oznacza „brać, nie trafiając”), ale każdy, kto już podróżuje, wcześniej czy później właściwą drogę znajdzie. Im więcej błędów popełnisz, tym więcej się nauczysz!

 Jak się z tym czuję?

To niezmiernie ciekawe pytanie. Kiedy pytam siebie: „Jak się czuję?” i jestem wobec siebie całkiem uczciwa, zaczyna się dziać coś dziwnego i cudownego zarazem. Wyobraźmy sobie, że jestem bardzo zdenerwowana, ale stać mnie jeszcze na zadanie sobie tego pytania. Oczywiście, odpowiadam, że jestem zdenerwowana. Już samo zauważenie swoich uczuć powoduje, że zaczynają być one mniej intensywne. Efekt: jestem mniej zdenerwowana.

 Jakiś czas temu spotkałam się jako wykładowca z zarzutem, że materiały które wykorzystuję podczas zajęć mogą ranić uczucia religijne moich studentów.

Wątpliwości mogą się zdarzyć. Kiedy jednak bez pogłębienia w rozmowie skutkują one decyzją, są ograniczającymi przekonaniami. Hipotezami, którym ktoś nadał specjalne znaczenie i uwierzył, że to absolutna prawda. Oczywiście – założył przy tym, że to prawda obiektywna i niepodważalna. Z mojego punktu widzenia to były raczej uogólnienia, generalizacje, pobieżne oceny, zniekształcenia obiektywnie istniejącej rzeczywistości. To było przykre, tym bardziej, że dotyczyło kierunku studiów, na którym zadaniem wykładowców i pracowników wspomagających proces rozwoju jest dostarczyć modelu komunikacji i porozumiewać się otwarcie. Bez założeń, dla dobra wspólnej sprawy.

Cierpiałam. Samo zauważenie niepożądanego uczucia pomogło mi je pokonać. To zupełnie tak, jakby zauważenie uczucia rywalizowało z samym uczuciem i zmniejszyło jego intensywność. Zdając sobie sprawę z tego, że doświadczam stresu, a nie jedynie go doświadczając, mogłam się poczuć znacznie lepiej. Miałam wtedy możliwość zrobienia czegoś, a nie jedynie zachowania się pod dyktando uczuć. I zrobiłam to. I jestem z tego dumna!!

Czy istnieje jakaś inna droga?

Mój przyjaciel często powtarza, że rozwiązanie idzie w parze z problemem. Jest problem – musi być rozwiązanie, nie ma rozwiązania – nie ma problemu. A pytania dotyczące problemu prowadzą do znalezienia rozwiązań.

Czasami jednak sytuacja wydaje się być bez wyjścia. Wtedy najlepiej ją zostawić i skupić się na czymś innym. Porzucić działanie i nie koncentrować się na sobie. Poszukać kogoś, kto mógłby pomóc nam w rozwiązaniu problemu. Albo kto sam potrzebuje pomocy. Zagłębiając się w problemy innych ludzi, zapewniamy sobie chwile przerwy, o którą tak trudno, kiedy siedzimy po uszy we własnych sprawach. Pewnie dlatego robię to, co robię. Nazywam to „terapią zajęciową”.

Pomaganie innym ma jednak też swój skutek uboczny: inni widzą nas w lepszym świetle. W końcu to niezwykle szlachetne, jeśli pomimo własnych problemów, potrafimy pomóc innym i poświęcić im swoją uwagę. To również zobowiązujące: zachęca nas do uporania się z własnymi sprawami, by nie było tak, że „szewc w dziurawych butach chodzi”.

Nasz umysł działa naprawdę w tajemniczy sposób. Pracuje nawet wtedy, kiedy nie jesteśmy tego świadomi. Właśnie dlatego wpadamy na doskonałe pomysły poradzenia sobie z naprawdę trudna sytuacją podczas robienia makijażu lub golenia się, pod prysznicem albo na hamaku w ogrodzie.

Czy to w ogóle trzeba robić?

Peter Drucker, ekspert od spraw zarządzania, napisał w książce „Menedżer skuteczny”[1],że osiemdziesiąt procent naszych zajęć w pracy podyktowanych jest naszym przyzwyczajeniem, a nie koniecznością. Oznacza to, że większość zadań wykonujemy z nawyku albo dlatego tylko, że takie są zwyczaje w firmie. Jeśli nie wiem, jak mam zwolnić, wyciszyć się, zadaję sobie pytanie: „Co zrobiłaby na moim miejscu spokojna osoba?” albo „Co zrobiłaby osoba równomiernie rozkładająca tempo działania?”. Jeśli jestem uczciwa wobec siebie, zadając sobie pytania, otwieram się na możliwość dokonywania wglądów.

Proponuję, żebyś napisał to zdanie na czystej kartce, gdzie będziesz miał mnóstwo miejsca na zapisywanie wszystkich własnych rozwiązań, jakie ci przyjdą do głowy. Oto niektóre z możliwych odpowiedzi:

  • „Postarałaby się o więcej wakacji” albo
  • „Więcej spacerowałaby podczas dnia” lub
  • „Czytała więcej podobnych artykułów” J

 Mój przyjaciel stres?

Załóżmy, że z „uporem maniaka” lubisz wszystko kontrolować i jesteś chory, gdy ci się to nie udaje (oczywiście to tylko żarty). Brak możliwości kontrolowania dla wielu jest podstawową przyczyną stresu. Poczucie kontroli daje ludziom wrażenie sukcesu, natomiast jego brak powoduje, że każdy drobiazg może być stresujący. Im mniej rzeczy jest pod twoja kontrolą, tym bardziej chcesz ją sprawować – kolejny absurd. To z kolei wywołuje uczucie, że masz mniej kontroli niż w rzeczywistości.

W ten sposób rośnie spirala stresu. Aby mieć nad nim poczucie kontroli należy się wyzbyć przemożnej chęci jej posiadania. Spojrzeć na problem z pewnej perspektywy. Czy za miesiąc będziesz pamiętał, co cię dzisiaj męczy? Ani unikanie stresu, ani dążenie do unikania stresu nie przysparza nam siły. Tylko zauważanie go i potraktowanie jako wskazówki postępowania, może się okazać dużą szansą na życie i przeżycie. Zatem: do dzieła!

[1]„Menedżer skuteczny”, Peter F. Drucker, Wydawnictwo MT Biznes, 2009