„Szefska pasja” – 013. Stress Scan

  • Słuchaj w serwisach Spotify, Google Podcast i Apple Podcast.
  • „Szefska pasja” – dla szefów z pasją i liderów, którzy chcą mieć wpływ.
  • Podcast o zarządzaniu, rozwoju i relacjach w biznesie.
  • Transkrypcja odcinka – zamieniliśmy to, co zostało powiedziane w czytelny, profesjonalny i fachowo przygotowany dokument.

***

To już 13. Odcinek. Pierwszego sezonu. Bo trwają prace nad drugim sezonem.  Nie jestem przesądna. Nie cierpię na tris-kai-de-ka-fobię. Jestem racjonalna, może nie do końca, ale nie wierzę, że 13tka przynosi pecha.

Wierzę za to, że przesądy bardzo utrudniają życie. A ponieważ ma ono charakter przemijalny – szkoda życia na lęki i fobie, które mogą skutecznie utrudnić nasze codzienne funkcjonowanie.

Dziś o tym, że strach się bać. I że lepiej sobie z nim radzić niż nie radzić w życiu zawodowym. Prywatnym zresztą też. Czyli, że stres to nie jest potwor z Loch Ness. Istnieje naprawdę i można sobie z nim poradzić.

***

By lepiej radzić sobie w życiu, zwłaszcza zawodowym, warto sprawdzić, jak do siebie mówimy, co o sobie myślimy i – w konsekwencji – jak się traktujemy. W końcu robimy to bezustannie.

Gdyby cię spytano, jakie są twoje relacje z pracownikami, pewnie umiałbyś to bez dłuższego namysłu opisać. W końcu czytasz książki o tym, jak lepiej dogadywać się z firmie, szkolisz się z komunikacji.

Jest jednak relacja, której, jak się wydaje, przyglądamy się nie dość często – akurat ta, która jest najtrwalsza ze wszystkich i najmocniej kształtuje wszystkie inne: relacja z sobą samym.

Chociaż nieustannie robimy sobie selfie, często nie wiemy, kto tak naprawdę z nich na nas spogląda. Jeśli mielibyśmy postawić przed sobą takie zadanie – żeby się dobrze dogadać z sobą samym – od czego moglibyśmy zacząć?Sprawdź, jak się do siebie odnosisz w myślach. Jakim szefem jesteś w swoim przekonaniu.

Wiadomo, że żeby się dogadać, trzeba w ogóle pogadać. Co do rozmów z innymi – wiemy, czy je odbywamy, czy nie, kiedy była ostatnia rozmowa i jak poszła.

Ale rozmowa z sobą, chociaż w formie myśli odbywa się bezustannie, często wydarza się jakby poza naszą świadomością.

Nie mamy też kontroli nad jej jakością, a jeśli już to ta jakość jest niska, ślady są dużo mniej zauważalne niż w rozmowie „zewnętrznej”.

Jeśli na przykład podszedłbyś do kolegi, który pracuje przy biurku obok, i powiedział do niego: „ty idioto!”, miałoby to oczywiste konsekwencje, i z wielu powodów najprawdopodobniej nigdy tego nie zrobisz.

Jeśli natomiast powiesz do siebie w myślach: „Boże, ale ze mnie idiota” prawdopodobnie nawet tego nie zauważysz. A takie zdanie rzucone do siebie samego, do siebie samej – w przelocie w firmie, ale też na parkingu pod centrum handlowym – zostawia w nas ślady, które, przemnożone przez dni, miesiące, lata bycia nieuchronnie we własnym towarzystwie składają się na to, co sami o sobie myślimy i – w konsekwencji – jak siebie traktujemy.

Od tego więc możemy zacząć proces dogadywania się z sobą – od sprawdzenia, jak się do siebie odnosimy w myślach. Czy często się ochrzaniamy? Czy często się strofujemy? Czy robimy miejsce, żeby poprzeżywać swoje uczucia czy szybko stawiamy się do pionu? Jaka pojawia się we mnie myśl, kiedy poczuję smutek, zmęczenie, złość? Czy robię sama dla siebie miejsce?

***

„Szkoda prądu” – powiedział ostatnio mój klient, opisując bezsensowną rozmowę z kimś, kto go w ogóle nie słuchał. Uderzyło mnie to wyrażenie i ta metafora – rzeczywiście, wszystko, co robimy, jest pewnym kosztem, wydatkowaniem zasobów energii, a te zasoby są wyczerpywalne.

Kiedy prowadzę spotkanie, rozmawiam ze klientem, kiedy siedzę na zebraniu – wydatkuję energię. Podobnie ty masz.

W różnym stopniu, bo też spotkania, sesje mogą być bardziej albo mniej udane; spotkanie z fajnym, serdecznym pracownikiem nie zużyje tyle prądu, ile spotkanie z kimś, kto przez półtorej godziny wygłaszał pretensje do nas i całego świata.

Zebranie, które było ciekawą wymianą myśli, jest mniej energochłonne niż takie, na którym katowano nas wykresami na slajdach.

Są rzeczy, które odbierają nam dużo energii, są takie, które kosztują nas niewiele – i są też takie, które nam jej dodają.

Jaki to ma związek z dogadywaniem się z sobą? Taki, że warto dbać o swój bilans energetyczny. Sprawdzać, ile „prądu” zużywają rzeczy, które decydujemy się robić. Warto sprawdzać, czego nam trzeba. „Dbaj o siebie!” – mówimy często ludziom, których kochamy lub choćby lubimy, kończąc z nimi rozmowę. Warto to też powiedzieć sobie samym.

Pamiętasz książkę, a potem film „Jedz, módl się, kochaj”?

Elizabeth Gilbert opisuje moment, w którym jej bohaterka po rozstaniu ze swoim mężem wyrusza w podróż i znajduje się w Rzymie. Tam zaczyna zadawać sobie proste i nowe dla siebie pytanie: „Co w tej chwili sprawiłoby mi największą przyjemność?”. Pytanie jest proste, odpowiedzi łatwo przychodzą do głowy – spacer, kawa, pizza.

Czasami jednak jesteśmy tak zajęci dogadywaniem się z innymi, np. pracownikami, zaspokajaniem ich potrzeb, albo – nie mniej często – ustawianiem się na pasach wyścigowych i startowaniem w różnych zawodach, w których zwycięstwo niekoniecznie przyczynia się do naszego szczęścia, że nie zatrzymujemy się, żeby sprawdzić, co jest nam miłe. „Co u ciebie?” – pytamy ludzi na zakładzie. „Co w domu?” – pytamy pracownika. Ale czy wiemy, co u nas? Poza tym, że „wszystko dobrze”?

***

Dogadanie się ze sobą to przyjrzenie się sobie – można to robić w wersji full wypas, w gabinecie terapeutycznym czy na sesjach coachingowych, czyli de facto płacić zawodowcom, żeby ułatwiali nam to przyglądanie się sobie i pomagali prowadzić naszą wewnętrzną rozmowę. Zapraszam, do usług.

Jeśli komuś z jakiegokolwiek powodu nie po drodze z terapią czy coachingiem, można wypracować bardziej chałupniczą, mniej uroczystą, a bardziej codzienną wersję – spokojne, codzienne, życzliwe pytania kierowane ku sobie; pytania o to, jak się czuję, czego mi potrzeba, na co mam ochotę, a co mi nie służy, dlaczego zawsze zaczyna mnie boleć brzuch po rozmowie z tą podobno życzliwą mi koleżanką, jak się czuję, kiedy w poniedziałek rano otwieram oczy z myślą o tym, że idę do pracy. Ten krok w dogadywaniu się ze sobą to życzliwe spojrzenie, bez korygowania, osądzania, wychowywania siebie na kogoś innego niż jesteś.

Kiedy się tak zaczniemy przyglądać, łatwo możemy odkryć, że odpowiedzi na pytania o uczucia, potrzeby czy choćby zachcianki bywają niejednoznaczne, sprzeczne – wydają się czasem wręcz odpowiedziami od różnych osób.

Wiedzieli o tym zmyślni twórcy tak zwanego uciekającego budzika, który nie tylko wydaje z siebie dźwięki, ale też ucieka przed nami po całym pokoju. Osoba, która wieczorem nastawia budzik, świadoma swojego złożonego z ważnych powinności grafiku, i osoba, która podnosi niechętnie powiekę o szóstej trzydzieści, to, wbrew pozorom, nie jest ten sam człowiek – a jeśli nawet, inne powodują nim motywy.

***

Wielokrotnie stajemy na rozdrożu między powinnością a przyjemnością. Toczymy wojnę, którą można określić, idąc za tytułem szesnastowiecznego obrazu Pietera Bruegla, „wojną postu z karnawałem”. Mamy w sobie różne potrzeby, różne motywy i różne warstwy. Składamy się z różnych głosów, także takich, które uwewnętrzniliśmy, czyli zaprosiliśmy do środka, chociaż kiedyś, kiedy byliśmy młodsi albo całkiem mali, były głosami zewnętrznymi.

Jest więc w nas – tak twierdził Freud – struktura zwana przez niego superego, którą można by w uproszczeniu sprowadzić do uwewnętrznionego głosu rodziców czy opiekunów, ale też społeczeństwa, kultury, tego, co odczytaliśmy jako wymogi i co sami sobie, już jako dorośli ludzie, nakazujemy, czego od siebie oczekujemy i oceniamy się źle, kiedy nie dotrzymujemy słowa. „Musisz to dzisiaj skończyć!” – mówi ci w głowie ten głos, kiedy o siódmej wieczorem padasz na nos nad nudnym raportem. „Nie wypada!” – karci, kiedy ziewasz na zebraniu.

Łokcie ze stołu, nóżki razem, panie przodem, chłopaki nie płaczą. Głos superego pomaga nam nie sięgnąć po trzynaste ciasteczko, gapiące się na nas prowokacyjnie z tacy w firmowej kuchni, nie wymięknąć na siłowni, przebiec dodatkowy kilometr w lesie.

Pozwala nam też odnajdować w sobie siłę w dużo bardziej dramatycznych okolicznościach, kiedy nakazujemy sobie na przykład, z miłości, ale też w poczuciu moralnego obowiązku, opiekować się obłożnie chorym bliskim, czy kiedy, narażając własne życie, próbujemy uratować cudze.

Jeśli ten głos jest w równowadze z innymi, jest bezwzględnie potrzebny. Jeśli jednak staje się najgłośniejszym, dominującym głosem, nasz wewnętrzny świat będzie przypominał wojsko, a my będziemy jak karni żołnierze stający na baczność, maszerujący grzecznie i wykonujący pompki, w efekcie stając się swoim wrogiem.

Jeden z naszych głosów – rodzic zawiera reguły moralne, nakazy dotyczące odpowiedniego zachowania, polecenia, przekonania na temat świata. Bywa krytyczny (ironizuje, zabrania, nakazuje, wypowiada ogólnikowe raniące i niesłuszne sądy), ale także wspierający (pociesza, wspiera, opiekuje się, troszczy i doradza).

Rodzic często wypowiada się z pozycji oceniającego autorytetu. Mówi, że „powinno się”, „nie można”, „to jest śmieszne, mądre, głupie”, że „wszyscy, zawsze, nigdy”. W trudnych sytuacjach potrafi drwić, krytykować i wyszydzać, choć także jest autorem wypowiedzi udzielających wsparcia, opieki i pocieszenia. Każdy ma w sobie Rodzica. Nie jest to jednak, na szczęście, nasz jedyny głos.

***

Kiedy próbujemy się dogadać ze sobą i zaczynamy od tego, żeby w ogóle posłuchać głosów, które są w nas obecne, możemy się natknąć na głos zupełnie inny od tego rodzicielskiego, nakazującego, musztrującego.

Raczej głosik niż głos, podobny bardziej do głosu dziecka. Jeśli w walce postu z karnawałem głos rodzica namawia nas do postu, głos dziecka zachęca, żeby się bawić, iść za tym, na co mamy ochotę – chyba że zbyt przerażone perspektywą kary ulega rodzicowi.

To nieco weselsza struktura wewnątrz nas – takiej, która odpowiada temu, co Eric Berne, uczeń Freuda, w modelu analizy transakcyjnej nazwał „dzieckiem wolnym”.

Dziecko to źródło spontaniczności i wszystkich emocji – komunikuje się w sposób energiczny. Często wypowiada się na temat własnych uczuć, jest twórcze i otwarte. Jest też źródłem uporu, dąsów, potrafi się wściekać na świat i innych albo kwilić i użalać nad sobą. Wiele rzeczy robi „bo tak chce” w przeciwieństwie do rodzicielskiego „bo tak się powinno robić”. Potrafi obrażać się, prowokować, szukać zaczepki i udawać, że jest niewinne.

Kiedy dorośli ludzie zaczynają rozmawiać o swoim wewnętrznym dziecku wolnym, od razu robi się wesoło. Energia zabawy, luzu, odpuszczania sobie, radości wypełnia pokój. A jednak i ten głos, jeśli damy mu zagłuszyć inne, może sprawić, że obudzimy się może i swobodni, ale niekoniecznie wolni, może i nieograniczeni nudnymi ograniczeniami, ale niekoniecznie szczęśliwi.

***

Mamy w sobie głos rodzica i głos dziecka, niby osobne, a jednak, czujemy to, jakoś ze sobą sprzężone – rodzic i dziecko wzajemnie się wzmacniają, nakręcają.

Analiza transakcyjna zakłada, ż kiedy rozmawiają ze sobą dwie osoby, komunikacja przebiega pomiędzy ich stanami osobowości. Kolejne komunikaty mają więc swoje źródło w dziecku, rodzicu czy dorosłym i są adresowane do rożnych stanów osobowości drugiej osoby.

Im bardziej rodzic się złości i wykrzykuje komendy, tym bardziej dziecko bryka, albo w drugiej swojej wersji popada w uległość i zaczyna być „grzeczne”, a więc bardziej dziecięce.

Niekiedy poprzeczka, którą stawia nam nasz wewnętrzny rodzic, jest zbyt wysoko w stosunku do naszego progu wydolności – wymagamy od siebie więcej, niż wymagalibyśmy od kogokolwiek innego. Zbyt wiele zdań w naszych codziennych wewnętrznych monologach rozpoczyna się od „muszę”, ze zbyt wielu przedmiotów chcemy dostać celujący, zbyt ściśle chcemy przestrzegać zasad, nosimy zbyt ciasny gorset oczekiwań, o których już nie wiemy, czy są nasze, cudze, społeczne.

Jak więc odnaleźć siebie – siebie, czyli kogo w końcu? – pomiędzy nakazami rodzica a zachciankami dziecka, kiedy już wytropimy w sobie te głosy? Przecież mamy do dyspozycji tylko jedną reakcję w danej chwili?

I jeśli mamy się ze sobą dobrze dogadywać, to niby z kim – z którym z tych głosów?

Na szczęście klasyk, czyli Freud, rzucił nam koło ratunkowe, mówiąc o trzeciej strukturze, którą nazwał ego – a jego uczeń Eric Berne określił mianem dorosłego. Ten trzeci, dojrzały głos mediuje między rodzicem a dzieckiem.

Słucha, analizuje, szuka rozwiązań, trzyma odległość w stosunku do emocji, ale też szanuje je, dostrzega różne perspektywy.

Dorosły mówi o faktach w sposób zrozumiały i jest konkretny. Kiedy słyszysz jego wypowiedź od razu wiesz, o co chodzi. Że znaczy ona dokładnie to, co znaczy, bez kruczków o podtekstów. Wypowiedź dorosłego jest wygłaszana pewnym, pozbawionym aluzji i niedomówień tonem.

Warto poszukać w sobie tego rozjemcy, który będzie mediował pomiędzy nakazami rodzica a tym, co miłe dziecku, utrzymując między nimi chwiejną równowagę; rozjemcy, który będzie też miał zaufanie do siebie samego, do tego, że lata, które przeżył, nauczyły go wystarczająco dużo, żeby kiedy potrzeba, podjąć dobrą i życzliwą sobie decyzję. Żeby traktować siebie samego nie gorzej niż innych ludzi.

***

Czy Twoja samoocena ostatnio wypada negatywnie? Może wydaje Ci się, że nie robisz żadnych postępów, a nawet zaczynasz się uwsteczniać? Jeśli odnosisz wrażenie, że nie jesteś w pracy tak kompetentny i efektywny jak kiedyś, to znaczy, że doświadczasz braku samorealizacji.

A może robisz co do ciebie należy, poprawnie wykonujesz wszystkie czynności zawodowe związane z koordynowaniem projektów lub ludzi, lecz osobiście się nimi nie przejmujesz?

Może masz poczucie, że nie masz siły emocjonalnie reagować na innych. Masz mało energii, jesteś poirytowany i napięty. Zdajesz sobie sprawę, że nie możesz z siebie dawać tyle, ile kiedyś. Po weekendzie narzekasz, że musisz wracać do pracy….

Marek, mój klient, ambitny menedżer, trzy lata działał z powodzeniem w polskiej firmie telekomunikacyjnej. Pracował codziennie po 12-14 godzin. Z powodu dużego obciążenia pracą stał się coraz bardziej niecierpliwy i cyniczny, gdy coś nie udawało się od razu. Emocjonalnie dystansował się coraz bardziej od kolegów („mam coraz więcej pracy z powodu leniwych współpracowników”). Czuł coraz częściej, że jego siły się wyczerpują i zaczął się bać. Mimo, że dostał zapaści podczas jednej z konferencji dla biznesu, angażował się w pracę jeszcze bardziej, aż poczuł, że dłużej nie jest w stanie tego ciągnąć. Tak go poznałam.

Podczas jednego ze spotkań coachingowych relacjonował mi jak kiedyś obserwował swoje dzieci bawiące się w ogrodzie. Pragnął mieć odrobinę ich energii. Tymczasem nie miał siły na cokolwiek. Każda czynność była zbyt wielkim obciążeniem. Podczas sesji i w wyniku zleconych prac, zadań do wykonania w przerwach między spotkaniami powoli zaczął odbudowywać swoje zasoby energetyczne.

Po przeanalizowaniu dotychczasowego życia, zdobyciu nowego nastawienia do własnych celów coachingowych, mógł wreszcie zrezygnować z wygórowanych ideałów. Skłonność do całkowitego angażowania się, samo poświęcenie ustąpiły miejsca realistycznej ocenie możliwości zawodowych.

Dziś Marek pracuje dla nowego koncernu, nadgodziny bierze sporadycznie, ma więcej czasu na hobby i dla rodziny. On sam mówi o sobie, że jest bardziej zrównoważony i radosny. A co najważniejsze, tak też widzą go jego współpracownicy i podwładni.

Co może pomóc?

Pierwszy sposób pozwala świadomie łączyć pracę z jej rezultatami. Wyjątkowo stresująca jest sytuacja, w której przez cały dzień pracujesz, kontaktujesz się z wieloma osobami i nie wiesz nawet, czy to, co robisz jest doceniane i wartościowe. Nie możesz właściwie zdefiniować zadania, jeśli nie wiesz jaki ma być rezultat.  A równocześnie: pożądany rezultat będzie oderwany od rzeczywistości, jeśli nie będziesz mieć pewności, co fizycznie należy wykonać, by go osiągnąć. Ktoś kiedyś powiedział: „W życiu spotykamy się tylko z dwoma rodzajami problemów: kiedy 1/ wiesz, czego chcesz, ale nie wiesz, jak to osiągnąć; lub 2/ nie wiesz, czego chcesz. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak tylko albo to wymyślić, albo to zrealizować”.

Drugi sposób to samoocena polega na porównywaniu Twoich działań z jakąś obiektywną skalą (np. skala stresu). Ale to już jest temat na inna opowieść…

***

Legendarny potwór z Loch Ness pojawia się w przeróżnych opowieściach od blisko 1 500 lat. Jedna z najdłużej nierozwikłanych zagadek na świecie już wkrótce może doczekać się wielkiego finału. Wszystko za sprawą zespołu naukowców z Uniwersytetu Otago.

Zdaniem naukowców, którzy od dłuższego czasu pracują nad rozwikłaniem tej zagadki – mityczne stworzenie to po prostu węgorz o gigantycznych rozmiarach.Trwają analizy, które mają to potwierdzić. Eksperci mają zbadać dokładnie legendarne jezioro, aby poszerzyć wiedzę na temat istniejącego w nim życia biologicznego.

Stress to nie jest potwor z Loch Ness. Potworem niech zajmą się badacze. A ty zbadaj swoją odporność na stres. Czyli że potwór istnieje naprawdę? Tym bardziej istnieje stres związany z uprawianiem zawodu, do którego się nająłeś.

Jeżeli chcesz się ze mną skontaktować w sprawie superwizji coachingowej, warsztatów i szkoleń, proszę napisz do mnie. Proszę o kontakt mailowy także w sprawie indywidualnych sesji coachingowych oraz superwizji: indywidualnej lub grupowej.

Do usłyszenia, miej się najlepiej!