T: Zanim zacznę zadawać pytania, chcę Ci coś powiedzieć. Ta książka nie powstałaby, gdybyś kiedyś mnie nie zachęciła, żebym pisała. Zanim jeszcze wiedziałam, że będzie z tego cokolwiek — a już na pewno zanim wiedziałam, że będzie to książka o konfrontacji, to Ty powiedziałaś mi, że powinnam. Więc zanim usiądziemy do rozmowy, chcę, żebyś wiedziała, że ta rozmowa zamyka pewne koło. Piszę tę książkę także dzięki Tobie. A teraz pytanie, od którego zawsze chciałam zacząć: komu może zależeć, żebyśmy się nie konfrontowali? Kto ma w tym swój interes?
J: Pytanie w punkt. Zanim jednak odpowiem — kojarzę Cię nieodłącznie ze sparringiem. Z uczeniem innych dobrze pojętej i rozwojowej konfrontacji. Dla mnie to główna wartość, którą wnosisz do świata. Widziałam to u Ciebie już lata temu, kiedy takie podejście było nowością. To było odważne.
A komu może zależeć, żebyśmy się nie konfrontowali? Jeśli konfrontację rozumieć jako dopytywanie, podważanie, weryfikowanie, to może zależeć różnym społecznym układom i instytucjom. Jest pewna tradycja „pokory” wobec władzy, rozumianej jako eliminowanie przejawów konfrontacji. Współcześnie to się zmienia, ale skądś przecież pochodzi uznanie konfrontacji za coś niewłaściwego, „groźnego”, destrukcyjnego.
T: Dotychczasowe rozumienie konfrontacji zostało w nas wbudowane. Chcę, żeby przestało ono przestało wywoływać dreszcz, chcę je odzyskać dla rozmów i partnerstwa. Potrzebuję wiedzieć, z kim albo czym się mierzę.
J: Tradycyjnie to władza eliminowała konfrontację z pola relacji władca–poddany. Na władcę nie można było spojrzeć, bo to już samo w sobie mogło być jej wyrazem — i początkiem zagrożenia. W świecie zwierząt jest podobnie: konfrontacja jest zarezerwowana tylko dla osobników sobie równych albo takich, które walczą w stadzie o władzę i wpływy. A wracając do skojarzeń kulturowych — jeśli u podłoża mamy coś w rodzaju „mojej wielkiej winy” jako punkt wyjścia, to może to kreować przez pokolenia postawę wycofania.
Trochę na zasadzie kontrastu: nauka jako aktywność człowieka od swoich współczesnych początków w XV wieku, od Kopernika i Galileusza, jest w zasadzie jedną wielką konfrontacją. By można było ją tworzyć i rozwijać, trzeba było nieustannej konfrontacji — nie tylko z heliocentrycznym czy „płaskoziemskim” poglądem, czy kosmologią, określoną przez zdrowy rozsądek lub religię. Trzeba nadal konfrontować się z istniejącymi już teoriami naukowymi, nieustająco je podważać. (…)
T: Powiedziałaś, że istotą unikania jest to, że czegoś nie widzisz. Prawda jest taka, że przez całą tę rozmowę patrzyłam głównie na Ciebie. Zadawałam pytania, zapisywałam Twoje odpowiedzi i ani razu nie zapytałam samej siebie, czego ja w tym momencie nie widzę. I to chyba jest właśnie ten paradoks, że nie możesz zobaczyć swojego ślepego punktu, patrząc prosto przed siebie. Musisz go zobaczyć w kimś innym. Jak w lustrze, które przypadkiem stanęło pod niewłaściwym kątem i pokazało coś, czego nie planowałaś zobaczyć.
BEZ UNIKU. O konfrontacji z prawdą i drugim człowiekiem
Rozdział „Mechanizmy unikania”
Joanna Heidtman – psycholog i socjolog, doktor nauk humanistycznych. Przez czternaście lat prowadziła w Instytucie Socjologii UJ badania eksperymentalne nad władzą, konfliktem i dynamiką grupową. Dziś psychoterapeutka, coach i doradczyni organizacji, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS oraz certyfikowana trenerka Harvard Business Review Polska. Współautorka koncepcji „sensotwórczości” w pracy z organizacjami. Współpracowała z polarnikiem Markiem Kamińskim przy jego metodzie rozwojowej „Biegun”.