Jak być przekonującym, mówiąc do tłumu.

Kwieciste monologi, wyuczone gesty? Nic z tych rzeczy. Bez umiejętności „porwania słuchaczy” nie ma co się porywać na wystąpienia publiczne.

Pamiętam jak kiedyś mój klient, przy okazji pierwszej rozmowy powiedział: „Zbliża się termin kolejnego, dorocznego spotkania zespołu. I znów, jak w poprzednich latach, wystąpi przede mną dyrektor sprzedaży. I zapewne, jak już bywało, porwie za sobą tłumy. A potem nastąpi moja… kompromitacja. Bo jak ani nie chcę, ani nie umiem przemawiać do tłumu”.

Z rozrzewnieniem wspominam też, jak po kilku tygodniach od momentu, kiedy widzieliśmy się po raz pierwszy, powitał mnie w drzwiach wejściowych gabinetu krzycząc: „To niesamowite! Nie dość, że wszyscy po zakończeniu mojej części komentowali treść i formę mojego wystąpienia. To jeszcze dyrektor sprzedaży tuż po tym, jak skończyłem ścisnął mi dłoń i powiedział na forum, wśród zgromadzonych: „Wyrazy najwyższego uznania, chylę czoła przed mistrzem!”. Nie mogę doczekać się kolejnego spotkania!” Cud? Nie, ciężka praca nad zmianą przekonań oraz nawyków komunikacyjnych.

Myślę sobie, jak to dobrze, że retoryka znów wraca łask. Co prawda daleko nam jeszcze do minionej świetności, kiedy była w szkołach przedmiotem obowiązkowym. Wtedy uważano, że mówienie to umiejętność, której trzeba się uczyć jak każdej innej. Dziś przekonanie takie wraca, a życie coraz częściej to potwierdza.

Nad retoryką wypowiedzi ustnej pracują aktorzy, prezenterzy, menedżerowie i politycy. To się po prostu opłaca, to się musi opłacać, bo jest to inwestowanie w siebie, w swoje powodzenie, w swój sukces – dawanie szansy samemu sobie. Coraz częściej ludzie korzystający z porady profesjonalnych doradców do spraw kreowania wizerunku nabywają przekonania, że są jak towar, który tylko w dobrym opakowaniu wzbudzi marketingową relację opartą na pożądaniu. Przemawiania nie można się nauczyć z książek, niemożna się nauczyć przez obserwację tego, jak robią to inni. Można i trzeba występować. I wyciągać wnioski z popełnionych błędów. Błądzić, ale się nie mylić!

Mowa to część nas samych, to część naszej osobowości. Mówiąc, wygłaszając jakiś komunikat przekazujemy nie tylko informacje, treść, przesłanie. Przekazujemy również informacje o nas samych. Dochodzimy do kluczowego odkrycia: mówienie nas zdradza. To może lepiej porozumiewać się bez słów? To sprytne podejście eliminuje okazje do mówienia, ale przecież nie chodzi o to, by nie mówić, albo mówić co się chce, tylko mówić to, co inni chcą usłyszeć. Trudne, ale profesjonalistom płacą za to, czego nie umieją amatorzy.

Najpierw brzmimy. Atutem może być miły, dźwięczny głos, niekoniecznie charakterystyczny, choć z charakterystyczności głosu można uczynić atut. Mówią, że autorytet kreują glosy osadzone w dolnych rejestrach. Te wyższe, opisane literaturze jako „syndrom Marylin Monroe” albo „głos kobiety –dziecka” zarezerwowane są dla tych, którym raczej trzeba się opiekować.

Potem: wyrażamy. Jakże dużo możemy dowiedzieć się o człowieku z jego wypowiedzi, z tego, o czym i jak mówi. To sprawia, że często ktoś interesuje nas do momentu, w którym się odezwie. Mowa jest naszą wizytówką, czy tego chcemy czy nie.

Na koniec: interpretujemy. Według Cycerona retor, a więc biegły w mówieniu do tłumu miał trzy podstawowe obowiązki: przekonywać i dowodzić, sprawiać przyjemność i podobać się oraz nakłaniać i poruszać. Kto dziś świadom jest obowiązków, które na nim spoczywają?

Z tym wiąże się greckie hypokrisis, a więc sztuka akcji , sztuka gry, która wspiera tezę. Spolszczona nazwa – hipokryzja. Ale dziś znaczy to tyle, co zakłamanie, obłuda, dwulicowość, nieszczerość, fałsz. Wtedy to była gra ciała i wizerunku, która miała wspierać to CO mówimy i JAK mówimy, przemawiamy.

Wiele tez sformułowanych w starożytności i przyjętych jako pewniki znajduje potwierdzenie w świetle badań. Wnioski wydają się oczywiste: ważne jest CO się mówi, ale jeszcze ważniejsze JAK się mówi. A wszystko poparte wizerunkiem: jak cię postrzegają, tak cię słuchają i… oceniają.

Dochodzimy do sedna. Cały dorobek przeszłości (głównie: starożytności) – gdy chodzi o retorykę wymienia: inwencję, dyspozycję, pamięć i wykonanie. Można dodać do tego topikę, a więc miejsce wystąpienia (ważne bo miejsce miejscu nie równe). Z miejscem związane jest decorum, a więc stosowna odpowiedniość stylu.

Nie ma nic gorszego niż „syndrom eksperta”, wpatrzonego w komputer lub obraz projektora, godzinami pokazującego tabelki opisane drobnym drukiem i opowiadającego o niuansach, które być może są fascynujące dla wąskiego grona, ale u większego audytorium wywołują zniecierpliwienie, a nawet ziewanie. W dodatku – wywołują skutek odwrotny od zamierzonego – z 45 minutowego wystąpienia słuchacz zapamiętuje zaledwie 20% informacji, zaś z trwającego kwadrans – aż dwukrotnie więcej.

Z przecieków kontrolowanych dowiadujemy się, że wielu menedżerów oraz polityków sumiennie przygotowuje się do swoich wystąpień: kilkakrotnie czytają lub wygłaszają wcześniej swoje przemówienia, niektóre partie czytają po wielokroć.

Nie wystarczy jednak mówić do rzeczy, trzeba jeszcze mówić do ludzi. Należymy do tego kręgu kulturowego, w którym melodia ma wartość nadrzędną wobec rytmu. Mówimy o melodyjności śpiewu, piosenek, pieśni – rzadziej jednak
o melodyjności tego jak mówimy. A przecież w tym co, a raczej jak mówimy jest melodia. W starych podręcznikach sztuki mówienia z początku ubiegłego wieku można znaleźć passus: „Czytać z należytą modulacją”.

To, co negatywnie odróżnia wielu prezenterów to natrętność tej samej melodii powtarzanej w kolejnym zdaniu. To częsty błąd kiepskich prezenterów, którzy albo są leniwi i nie chce się im zmieniać głosu, albo nie mają świadomości błędów, które popełniają.

Od czasu zakończenia studiów byłam związana z radiem: początkowo PR Lublin, potem PR III Polskiego Radia. Jeden ze znanych spikerów radiowych wyznał mi kiedyś: „Im więcej naczytywałem tekst, tym gorzej mi wychodził”. Nasuwa się tu skojarzenie z pojęciem przetrenowania. Przygotowując się do publicznej prezentacji róbmy to tak, by tekst nas nie zmęczył, by wciąż miał dla nas walor świeżości i był wyzwaniem. Niech do końca tkwi w nas przekonanie, że wciąż nie odkryliśmy wszystkich jego tajemnic, wyzwań i pułapek. Tej pewności nie powinniśmy mieć nigdy. Zalecam: polubmy tremę, w ten sposób zyskamy przychylność audytorium (po raz kolejny hypokrysis – sztuka gry wspierającej, sztuka udawania). Odrobina tremy może pomóc. Miejmy trochę adrenalinowego chaju!

Jedna z definicji retoryki mówi , że jest to forma organizacji wypowiedzi ponadzdaniowej. I to powinno być dla nas najważniejsza wskazówką: przekazujemy tekst jako całość – oczywiście zdaniami i wyrazami. Ale nie odwrotnie! Każde zdanie musi być podporządkowane przesłaniu całości. Przesłanie łatwo zgubić lub osłabić przekazując tekst „zdaniami”, jedno po drugim. A przekazując tekst wyrazami (staccato) kładziemy nie tylko tekst. Dyskwalifikujemy również siebie.

Stary, klasyczny podział wypowiedzi mówił, że każde wystąpienie powinno mieć początek, rozwinięcie i koniec. Chodzi o podział zwany periodyzacją. I co ciekawe- uważano wówczas, że cechą wykwintnego oratorstwa jest sztuka posługiwania się periodem…

Pozostaje pytanie: z kartki czy z głowy? Zawsze w cenie jest ktoś, kto nie posługuje się kartką. Ale nie znaczy to, że oczekujemy improwizacji. Znam przypadki gdy konspekt wystąpienia jest czymś zrozumiałym, naturalnym. Znam przypadki, gdy jego brak wydatnie wydłuża wystąpienie, czyni go rozwlekłym, przegadanym.

Wybitna śpiewaczka operowa Maria Foltyn powiedziała w jednym z wywiadów: „Śpiewanie to nie tylko belcanto, ale co się wyrzuci brzucha i serca. Jeżeli jest pięknie śpiewane, ale nie ma wnętrza – przysięgam – nikogo to nie ruszy”. Tak samo gdy mówimy, przemawiamy… „siebie samego trzeba dać”.

To ledwie początek. I jeszcze – bagatela – trzeba to umieć. To tak jak z jazdą na nartach. Po kilku bolesnych upadkach idziemy do instruktora albo sięgamy po odpowiednią literaturę. Wiemy, że nogi lekko ugięte, ręce nieco odchylone od tułowia, pozycja odstokowa, ciężar ciała na lewej narcie, górna narta wysunięta do przodu…. I co? I się wywracamy! A potem metodą prób i błędów nabieramy wprawy, pamiętając o wszystkim co warunkuje najpierw rozpaczliwą, potem coraz bardziej skuteczną jazdę. Po kilku sezonach zapominamy o tym, co warunkuje nasze szusowanie mamy to w głowie, ale najważniejsze – mamy to we krwi. To są nasze umiejętności. Podobnie jest z mówieniem, występowaniem.

Można mówić, występować bez specjalnego przygotowania. Wystarczą: odrobina chęci, elokwencja, pamięć, „otrzaskanie” i … gotowe! Trochę jak przy skoku na głęboka wodę. Głęboka woda jest atutem – nie problem, istota rzeczy tkwi w umiejętności pływania. Ważne by pływać, ważne by nie był to styl rozpaczliwy!!!

 

Jeżeli chcesz się ze mną skontaktować w sprawie warsztatów i szkoleń, proszę napisz do mnie. Proszę o kontakt mailowy także w sprawie indywidualnych sesji coachingowych.