Dlaczego jestem (albo tak mi się przynajmniej wydaje) bardziej wrażliwa niż inni na pewne historie lub zdania? Dlaczego mnie coś obchodzi? Czemu nie jest mi wszystko jedno? Dlaczego nie potrafię przejść nad czymś do porządku dziennego, odpuścić?
Trzeba przyznać, że moja wrażliwość nie jest widoczna dla wszystkich. Niektórzy twierdzą, że jestem wrażliwa niczym wonna róża, inni posądzają mnie o wrażliwość deski klozetowej. A ja tylko mam oczy i uszy szeroko otwarte.Nie chcę zostać wyłączona z jakiejkolwiek części mojego życiowego doświadczenia. A jeśli ceną tego wglądu we własne życie ma być napięcie, to trudno! Akceptuję to.
Moje rozmowy z moją starszą siostrą do niedawna poświęcone były na wyłączność jej sprawom. Zwykle to ja dzwoniłam do D., dopytując, co u niej słychać, jak sobie radzi. Po blisko godzinnej relacji, kiedy właśnie przymierzałam się do tego, by zabrać głos i zrelacjonować, co słychać u mnie, D. oznajmiała miastu i światu: „Kończymy, pewnie jesteś zmęczona tym, co ci naopowiadałam”.
W ostatnim roku relacje D. ze zdarzeń przestały mi wystarczać. Z ciekawością eksperymentowałam, dopytując w rozmowie: Nie jesteś ciekawa, co słychać u mnie?”. Spotykałam się zawsze z tą samą reakcją: „Pewnie jesteś zmęczona. Rozmawiamy już blisko godzinę. Może następnym razem?”.
Wszystko, co się dzieje w naszym życiu jest niepoprawną mieszaniną spodziewanego i niespodziewanego. Problem polega w każdym przypadku na proporcji. Czasami jest to osiem do dwóch, czasami jeden do dziewięciu. Może to brzmi trochę spekulacyjnie, ale to naprawdę wielka różnica. Wiedziałam, jak wyglądały nasze rozmowy, chciałam się przekonać, jak mogą wyglądać.
W jednej z ostatnich rozmów z D. usłyszałam tradycyjnie jej relację z ostatnich dni. Nie mam zwyczaju przerywać innym. Wiem, jak ważne jest słuchanie w rozmowie. To miłość w działaniu. Bardzo niewielu ludzi potrafi słuchać. Pośpiech wybija nas wszystkich ze skupienia albo w duchu próbujemy polepszyć sytuację lub też zastanawiamy się, jakie zrobić wejście, gdy rozmówca się wreszcie zamknie i nadejdzie nasza kolej, by pokazać się w rozmowie. Jeśli chcesz dowiedzieć się jak najwięcej o otaczających cię ludziach, zamknij buzię i tylko słuchaj. Będziesz zaskoczony, jak wiele wtedy zbierzesz informacji.
Kiedy więc D. zrobiła wdech powietrza, by kontynuować relację, próbowałam inteligentnie nawiązać i odniosłam się do je wypowiedzi. Zdążyłam ledwo powiedzieć: „Z mojej perspektywy…”, na co w reakcji usłyszałam: „K…., chcę skończyć”.
Rozmowa trwała jeszcze jakiś czas. Kiedy się skończyła, poczułam, jak wzmaga się mój gniew. A także smutek, ból, wstyd, strach, nawet – rozczarowanie, od dawna skrywane pod gniewem. Przez chwilę dokładnie się przyglądałam przewodom tej bomby, której już nie dało się rozbroić. Chciałam wiedzieć, do czego są podłączone. Chciałam wiedzieć, co tak naprawdę czułam. Nie po to, by kwestionować te emocje, by je osądzać, by mówić, że to wszystko jest do bani, że przeciwko mnie, albo że to wszystko moja wina. Wykorzystałam tę chwilę na zrozumienie tego, co poczułam.
Każde nasze zachowanie pokazuje jakąś emocje, a każda emocja przekazuje jakąś potrzebę (to zdanie dobrze byłoby zwiesić sobie na lodówce).
Połączyłam się z D. Powiedziałam do telefonu: „Ty mnie nie widzisz, ty mnie nie słyszysz. Ty mnie chyba nie rozumiesz. Część odpowiedzialności jest po mojej stronie. Część jednak jest twoja. Możesz teraz odłożyć telefon i uznać, że przesadzam. Możesz nawet wycofać się z naszej relacji, strzelić focha i nieżyczliwie to skomentować. Ale wtedy ja wymyślę sobie siostrę, na którą zasługuję. Która będzie się o mnie troszczyć i interesować, co u mnie słychać”.
W moich wspomnieniach, w moich myślach czasem wciąż jestem dzieckiem. Dzieckiem, które potrzebuje kogoś, kto je dostrzeże. Może dlatego bardziej się troszczę o innych niż moi znajomi i przyjaciele. Może dlatego czuję, że w jakiś sposób ciągle marnuję czas. Czas, który mogłabym poświęcić na coś innego, coś bardziej produktywnego. W zakamarkach moich życiowych strategii, które nieświadomie stosuję od czasu do czasu, kryją się korzenie i sznurki marionetek nienależących do mnie. Ci, którzy sprawili, że przyszłam na ten świat, każdym swoim działaniem zapewnili mi wiele widocznych i ukrytych wspomnień. Są wśród nich i takie, których nigdy nie naprawili.
Nie jestem już dzieckiem. Potrafię o siebie zadbać. Mam wiele życzliwych myśli, które mogę oferować światu, każdemu człowiekowi. Także sobie. Z problemami, które mi się przytrafiają, walczę z użyciem prawdziwego oręża, a nie śrubokrętu. Mam już odwagę, by wybierać siebie każdego dnia. To jedyny sposób, by nauczyć się kochać siebie – wybierać siebie. Tak jak się wybiera wielką miłość swojego życia.
Człowieku, nieważne jak bardzo kogoś kochasz, to nie uczyni go lepszym. To zdanie także dobrze byłoby zwiesić sobie na lodówce.
Postscriptum.
Po dwóch tygodniach milczenia i czasu potrzebnego na namysł, D. zadzwoniła po raz pierwszy od niepamiętnego czasu z pytaniem „Co u ciebie słychać?”. To początek dobrej zmiany.